środa, 23 maja 2012

Traktem do "Taktu".

- Chce ci się przebiec na miasto? - zapytała jedna z dziennikarek, kiedy zaczęłam szykować się do wyjścia.
Właściwie to mi się nie chciało, tym bardziej, że byłam umówiona. Z drugiej strony, była to moja jedyna szansa, żeby zrobić coś samemu.
- Jasne, że mi się chce. Ja po prostu uwielbiam biegać. Gdyby nie dziennikarstwo, zostałabym maratończykiem, a raczej maratonką. Czy jakoś tak... - gadałam bez ładu i składu. 
Podczas rozmów ze starszymi dziennikarzami dostawałam słowotoku i zaczynałam mówić od rzeczy. Serce biło mi wówczas ze zdwojoną siłą i czułam się jak na egzaminie. Gdyby ktoś wystawiał za te moje wypowiedzi oceny, musiałabym powtarzać rok.
- Wiesz gdzie jest siedziba "Taktu"? - zapytała moja zleceniodawczyni.
- Oczywiście. Chodzę tam czasem ze znajomymi. Fajna knajpa. - odrzekłam zadowolona, że wreszcie coś wiem.
- Nieee. Ta knajpa to "Trakt", a mi chodzi o siedzibę kwartalnika "Takt". - wyjaśniła nieco rozbawiona.
- Aaaa... To nie wiem. - czułam, że na moich policzkach zaczynają pojawiać się dwa ogromne buraki. Co ona sobie o mnie pomyśli?
- Zaraz ci wszystko pokarzę na mapie. Właśnie zaczęło się tam spotkanie literackie. Jeden z redaktorów obchodzi urodziny i z tej racji wygłosi mowę. O nic nie musisz go pytać, tylko nagraj jego przemówienie, a potem zrób z tego dźwięk do dziennika. - poleciła.
 
Włączyłam turbodoładowanie i wystartowałam w kierunku redakcji "Taktu", myśląc że zaraz po moim wyjściu redaktorka powie wszystkim, że ta nowa szlaja się po melinach z podejrzanym towarzystwem i że przy tym jest głupia jak but i nie ma pojęcia o życiu kulturalnym miasta. Wstyd, hańba i żenada.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz