czwartek, 17 maja 2012

Szlachetne.

Przez kilka następnych dni stałyśmy się z Dagmą i mydelniczką nierozłączne. Jeździłyśmy po różnych uczelniach nagrywając inauguracje roku akademickiego. Sprawdzałyśmy dziury w miejskich chodnikach, odwiedzałyśmy wystawy lokalnych twórców. Jednym słowem szukałyśmy sensacji gdzie się da. W redakcji zaczęto nas określać mianem panie koleżanki, co bardzo nam nie odpowiadało. Pora była zacząć działać na własną rękę.
- Jutro spóźnię się na zebranie i będę udawać, że mnie nie ma. Wtedy dadzą materiał tobie i wreszcie zrobimy coś osobno. - oznajmiła któregoś dnia Dagma. - Nie, żebym miała coś przeciwko tobie. Fajnie jest mieć z kim pogadać podczas pracy, ale czas skończyć z robieniem z nas sióstr syjamskich.
Chętnie przystałam na tą propozycję. Następnego dnia obydwie przyszłyśmy po czasie. Coś mi się pomyliło i zrozumiałam, że to ja mam być tą spóźnialską. W rezultacie dostałyśmy solidną reprymendę i kolejny wspólny materiał do zrobienia. Tym razem była to relacja z konferencji naukowej na temat twórczości Awangardy Krakowskiej w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Sroga to kara za przyjście parę minut później. Już samo przeczytanie tytułu konferencji przyprawiało mnie o mdłości, a co dopiero wysłuchanie wystąpień bez wątpienia mądrych, aczkolwiek trudnych do zrozumienia profesorów. Pocieszałam się, powtarzając starą maksymę, że  cierpienie uszlachetnia. Tego dnia byłam najszlachetniejszą osobą w całej redakcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz