
Wreszcie doczekałam się pierwszego samodzielnego materiału. Zanim jednak to się stało, nieświadoma niczego, biegałam od rana z Dagmą za rektorem pewnej uczelni, który za nic nie chciał z nami porozmawiać.
- Dziennikarze są jak pieski - powtarzała moja babcia. Miała rację. Uganiasz się za kimś, prosząc, żeby poświęcił ci chwilę uwagi, a ten cię odgania nogą i gdyby bicie zwierząt nie było karalne, wykopałby cię na księżyc. Ścigany przez nas osobnik okazał się być szczwaną bestią i skutecznie udało mu się nawiać. Resztki ludzkich uczuć nakazały mu jednak przysłać do nas panią kanclerz, która z anielską cierpliwością odpowiadała na nasze, nie do końca przemyślane, pytania. Za wszelką cenę pragnęłam zachować się jak rasowa dziennikarka i zapytać o coś rozmówczynię. Niestety, to coś nie zawsze miało związek z tematem.Kiedy wreszcie udało nam się nagrać więcej niż co nie co, wróciłyśmy do redakcji na montowanie. Jedna z zasad reportera brzmi - Nagrywaj tyle, żebyś nie musiał potem siedzieć pół dnia i z ponad godzinnej gadaniny robić czterdziestosekundowy dźwięk. - Gdybyśmy tylko wtedy o tym wiedziały...
Tego dnia czas naszej pracy został wydłużony, jak krówka ciągutka i kiedy wreszcie uporałyśmy się ze wszystkim, jedyną rzeczą, o jakiej marzyłam było zawinięcie się do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz