No dobra, ale właściwie co to za jubileusz był? Urodziny? Eee, w jego wieku to już wstyd obchodzić. To może imieniny? W ekspresowym tempie wyszukałam informacji na temat imienin Jaromira, śpiewając w myślach peany na cześć internetu i tego jak to dobrze, że w dzisiejszych czasach można sobie wszystko wyguglać i uzyskać informację w "try miga". Peany odśpiewane a rezultat żaden. Jedne imieniny już były, a drugie dopiero będą. Poza tym mówili do niego per jubilat, czyli żaden z niego solenizant. Trzeba szukać dalej.
Wpisałam w wyszukiwarce hasło "Jaromir Szklarski". Na ekranie pojawiły się odnośniki do jego twórczości. - ..autor piętnastu książek, opracował kilkadziesiąt tomików wierszy innych poetów, współredaguje „Takt”, wielokrotnie nagradzany za swoje dokonania...
Spróbujmy inaczej.
- Dwudziestopięciolecie Taktu - pojawiło się na ekranie. Hurra! Mam cię ptaszku. Kliknęłam w link, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej - „…odbyło się w 2006 roku.”
No to się spóźniłam. Jakieś dwa lata z hakiem. No i klops. Więcej informacji brak. Przecież nie zapytam się wydawcy, na jakim jubileuszu byłam, bo mnie weźmie za jeszcze większą idiotkę niż wyglądam.
Szanowny jubilat widocznie nie był na tyle szanowny, żeby zamieszczać obszerne informacje na jego temat w internecie. Wobec powyższego postanowiłam sama stworzyć mu życiorys z tego, co zdołałam wynaleźć.
- Pani stażystko, ma pani już ten materiał z trzydziestolecia pracy artystycznej Szklarskiego? – głos mojej wydawczyni uciszył burzę wywołaną w moim mózgu przez szare komórki i poczułam strumień gorącej miłości do tej kobiety. Byłam gotowa poświęcić dla niej wszystko... Męża, rodzinę, dzieci i nosić ją na rękach do końca życia. Zaraz, ale tak właściwie jakiego męża? Jakie dzieci? Tak czy siak, jedno zdanie tej babki rozjaśniło ciemność mojego umysłu. Literat świętował trzydziestolecie twórczości. Hip hip hura na jego i moją cześć! No i jeszcze wydawczyni, która bezwiednie uchroniła mnie przed totalną kompromitacją.
Kamera, akcja, piszemy. Dziesięć minut później zadowolona stałam nad głową redaktorki czekając na jej opinię niczym skazany na wyrok. Dodam tylko, że jak bardzo dumny ze swojego występku skazany.
No to się spóźniłam. Jakieś dwa lata z hakiem. No i klops. Więcej informacji brak. Przecież nie zapytam się wydawcy, na jakim jubileuszu byłam, bo mnie weźmie za jeszcze większą idiotkę niż wyglądam.
Szanowny jubilat widocznie nie był na tyle szanowny, żeby zamieszczać obszerne informacje na jego temat w internecie. Wobec powyższego postanowiłam sama stworzyć mu życiorys z tego, co zdołałam wynaleźć.
- Pani stażystko, ma pani już ten materiał z trzydziestolecia pracy artystycznej Szklarskiego? – głos mojej wydawczyni uciszył burzę wywołaną w moim mózgu przez szare komórki i poczułam strumień gorącej miłości do tej kobiety. Byłam gotowa poświęcić dla niej wszystko... Męża, rodzinę, dzieci i nosić ją na rękach do końca życia. Zaraz, ale tak właściwie jakiego męża? Jakie dzieci? Tak czy siak, jedno zdanie tej babki rozjaśniło ciemność mojego umysłu. Literat świętował trzydziestolecie twórczości. Hip hip hura na jego i moją cześć! No i jeszcze wydawczyni, która bezwiednie uchroniła mnie przed totalną kompromitacją.
Kamera, akcja, piszemy. Dziesięć minut później zadowolona stałam nad głową redaktorki czekając na jej opinię niczym skazany na wyrok. Dodam tylko, że jak bardzo dumny ze swojego występku skazany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz