środa, 27 czerwca 2012

W środku dżungli


Lew


Skoro jesteśmy w temacie akademicko-gepardzim proponuję na dziś piosenkę "In the jungle" czyli w środku  akademickiej dżungli w wykonaniu Chóru Uniwersytetu Adama Mickiewicza:
http://www.youtube.com/watch?v=5TpCQiz-adA

Dla porównania oryginalne wykonanie rokendrolowego zespołu "Beach Boys":
http://www.youtube.com/watch?v=x02l4drswHY

Na koniec afrykańska wersja dżunglowej piosenki. Chór "Ladysmith Black Mambazo" z Republiki Południowej Afryki:
http://www.youtube.com/watch?v=XJuEuRCKq1s&feature=related

wtorek, 26 czerwca 2012

Zwierzęcy pęd.



Wielki wyścig Lucyferzyca kontra Gepardzica. 
Miejsce - Uniwersytet.
Czas - Dziewiąta pięćdziesiąt.
Nagroda - Wywiad z rektorem.
Proszę państwa, zawodniczki szykują się do wyścigu. Już tylko sekundy dzielą nas od wielkiego startu. Forma pań zachwyca i mimo, że wyglądają niepozornie, są już zaprawione w bojach. To na prawdę groźne rywalki, a ich poziom jest tak wyrównany, że trudno przewidzieć która wygra. Szykuje się emocjonujące widowisko. Sekundant właśnie zaczął odliczać czas.
Trzy
Dwa
Jeden
Zero
Staaart!!!
I proszę państwa pognały! Pierwsza prosta należy do Gepardzicy! Rewelacyjna kondycja, co za forma! Ale oto pojawiły się przeszkody. Skok przez płotki, a raczej krzesła. W tym etapie zdecydowaną przewagę ma Lucyferzyca. Nie ma się czemu dziwić, w końcu jest to doświadczona zawodniczka, która doskonale wie jak radzić sobie w takich sytuacjach. Mimo to młodsza konkurentka już depcze jej po piętach. Jeszcze nic nie jest przesądzone, bo przed nami kolejna runda. Slalom gigant między rozstawionymi niczym pachołki pracownikami naukowymi. Panie wybrały różne trasy. Starsza zaczęła z lewej licząc, że łatwiej będzie jej przecisnąć się między drobnymi paniami profesor. Młodsza od prawej mając nadzieję, że swoim urokiem osobistym doprowadzi profesorów do rozstąpienia się przed nią niczym wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem. Na prawdę trudno ocenić, kto wygra.
Panie przeciskają się w kierunku rektora w równym tempie. Przed nimi ostatnia prosta. Tylko chwile dzielą je od upragnionego wywiadu. Ale czy zdążą? Rektor jest już prawie przy drzwiach swojego gabinetu. Zawodniczki muszą dołożyć wszelkich starań, żeby dotrzeć na czas. Proszę państwa to nie jest łatwe, bo głowa uniwersytetu już wyciąga rękę, już dotyka klamki, już ją naciska... Drzwi otwierają się powoli i prawa noga rektora przestępuje próg, pociągając za sobą resztę masywnego cielska jej właściciela. Szef uczelni wtacza się do pokoju ubrany w odświętną togę i przekręca cały swój korpus, żeby zamknąć za sobą wrota najważniejszego pokoju w tym budynku. Nasze zawodniczki dobijają do mety niemalże równocześnie, próbując wcisnąć swoje mikrofony między szparę w jeszcze nie domkniętych całkowicie drzwiach. Jednakże rektor okazuje się szybszy i wprawnym ruchem zatrzaskuje wrota tuż przed zgrabnymi nosami naszych zawodniczek.
Nieeee !!!!! Proszę państwa, cóż za druzgocąca porażka! A przecież tak niewiele brakowało!. Co za niepowetowana strata dla polskiego dziennikarstwa.
Ale nie. Proszę państwa, oto wiadomość z ostatniej chwili. Będzie dogrywka. Jeszcze nic straconego. O terminie i miejscu będziemy państwa informować na bieżąco. Ja tymczasem dziękuję za uwagę i oddaję głos do studia.


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Łakomczuch

Big burger ;) Wielka kanapka


Z cyklu "Infantylne listy do rodziców":


"...Później znowu zaczęłam bawić się w wypełnianie kwitów i wtedy zadzwonił dzwonek. Okazało się, że to ciocia Renia, wuj Jarek i Szymek. Zaraz się z nim zaczęłam bawić, a później Szymek zaczął tak jeść, że aż zjadł pięć kanapek. Ciocia Renia zrobiła taaakie gały..."

piątek, 22 czerwca 2012

Żona Lucyfera.



- Wysiadka dziewczyny! - ryknął Romek, a my wyskoczyłyśmy z pędzącego samochodu wprost pod drzwi uniwersytetu,  niczym dwa Keanu Reevesy w filmie "Speed: Niebezpieczna prędkość".  Otrzepawszy się z kurzu, poprawiając w biegu fryzury wtoczyłyśmy się frontowymi drzwiami na hall, na środku którego stał uginający się pod różnorakimi ciastami, sałatkami i kanapeczkami stół.  
- Fiu, fiu, no to sobie żacy dogadzają - pomyślałam i już miałam sięgnąć po jedną z przypominających małe dzieła sztuki przekąsek, kiedy Dagma syknęła:
- Ta stara prukwa z kulturówki zdążyła przybyć tu przed nami. Po kiego grzyba tu przylazła?
- Jaka znowu prukwa? - zapytałam zdumiona
- Dzień dobry dziewczynki - przed nami stała starsza, siwa pani patrząc na nas dobrotliwym wzrokiem kochanej cioci.
- Ty to się dopiero potrafisz odezwać w dogodnym momencie. - ton głosu Dagmy przeszył całe moje ciało, tak, że miałam wrażenie jakbym dostała paraliżu. - Właśnie ta stara prukwa. - wycedziła, po czym przykleiwszy na twarz uśmiech najmilszej siostrzenicy, która za chwilę zabierze cioci całą emeryturę, słodziutkim głosikiem powiedziała:
- Dzień dobry!
- A co wy tu robicie? - zapytała zaskoczona "ciocia".
- Mamy nagranie dla informacji. - odrzekłam dumnie.
- Ciiicho. - Dagma syczała dzisiaj na mnie jak wąż boa spotkany na środku drogi. Jeszcze trochę i będę mogła zostać tłumaczką języka węży.
- Co znowu? - wycedziłam przez zęby.
- Podstawowa zasada: nie zdradzaj wrogowi swoich planów. - odsyczała.
- Jakiemu wrogowi? Przecież to miła starsza pani. - zaprotestowałam i odwróciłam wzrok w kierunku sympatycznej "cioci", która w jednej chwili zamieniła się w żonę Lucyfera. Oczy zaczęły jej świecić jak dwa nagrobne znicze z czerwonego szkła, a szelmowski uśmiech odsłonił zęby, które wyglądały jak kły dobermana. Prawa noga zaczęła jej chodzić jak u byka, który zaraz rzuci się na torreadora. Chyba nawet dostrzegłam pył wydobywający się spod racicy.
Przecierając ze zdumienia oczy zaczęłam się zastanawiać, co spowodowało tą nagłą zmianę w wyglądzie. Rozejrzałam się wkoło i już wszystko było jasne. Na horyzoncie pojawił się rektor. Trzeba go było zdybać do nagrania. Kto pierwszy ten lepszy.
Otworzyłam usta, żeby powiedzieć o tym Dagmie lecz moja towarzyska dawno już była przygotowana. Wyglądała jak gepard, który czai się na zwierzynę. Wcześniej jednak musi pozbyć się konkurencji.

czwartek, 21 czerwca 2012

Kozackie harce w Brazylii

Co wspólnego ma Ukraina z Brazylią? W obu tych miejscach można spotkać prawdziwych tanecznych kozaków.


W naszym konkursie rywalizują dziś dwa prawdziwie akrobatyczne tańce, kozak, który jest znany także w Polsce i Rosji oraz wywodząca się z Brazylii capoeira czyli zakamuflowana sztuka walki. W obydwu dominują  mężczyźni, oba wykonuje się skomplikowane akrobacje, w każdym z nich poszczególni tancerze prezentują w środku koła swoje umiejętności.
Zaczynamy od bliższego nam kozaka. Prezentowany film pochodzi z występu kozaków w Brazylii:

  http://www.youtube.com/watch?v=349SK6kCgjw&feature=related




 http://www.itrening.pl/capoeira/  


Capoeira to połączenie tańca z walką. Stworzyli ją afrykańscy niewolnicy, którzy w osiemnastym wieku zostali sprowadzeni do Brazylii.









Podczas spotkania uczestnicy stoją w kręgu dopingując śpiewem i grą na bębnach, tamburynach, birimbau (to długie z kulą na dole) i czym tam jeszcze mają, walczących w środku zawodników:

http://www.youtube.com/watch?v=6H0D8VaIli0&feature=related

Na koniec capoeira w wydaniu artystycznym:

http://www.youtube.com/watch?v=Z8xxgFpK-NM




środa, 20 czerwca 2012

Siła perswazji.



No i klops. Okazało się, że nie ma wolnego auta. Kiedy oni je pozabierali? Przecież zebranie dopiero co się skończyło.
- Panie kochanieńki, na pewno nic się dla nas nie znajdzie? - Dagma próbowała zmusić strażnika do wykopania nowego samochodu spod ziemi.
- Panda Rakowskiej gdzieś pojechała. Jest tylko Matiz Federowicza. - wyjaśnił ochroniarz.
- Dobra, bierzemy matiza. - wykrzyknęłam uradowana. W tym momencie wszystko zamarło. W przenikającej hall ciszy, można było usłyszeć jedynie tupanie muchy na suficie. Strażnik patrzył na mnie jak, na uciekinierkę z zakładu dla obłąkanych, a Dagma ciskała z oczu pioruny.
- Czyś ty oszalała?! - wykrzyknęła ciągnąc mnie za rękaw w kierunku redakcji informacji. - Zapamiętaj sobie, że jeśli reporterzy zgarną samochody przed tobą to masz jeszcze tylko jedno wyjście. Możesz próbować pożyczyć samochód z kulturówki. To służbowe auto Rakowskiej. Całkiem fajna babka i nie robi na ogół problemu, chyba że akurat ktoś z redakcji kultury jest w potrzebie. Ale oni rzadko jeżdżą rano, bo obskakują najczęściej wieczorne imprezy. - tłumaczyła poruszając się jednocześnie czymś na kształt marszo-biegu. - Jeśli jednak okaże się, że kulturalni gdzieś pojechali, a tobie się bardzo spieszy i nie masz czasu na autobus, to jedyną możliwością jest pojechanie własnym autem.
- Ale ja nie mam swojego samochodu. - wysapałam marszobiegnąc po schodach.
- Ja też nie, a nawet gdyby, to nie mam zamiaru go używać do celów służbowych. Raz tylko pożyczałam od kumpla jego rzęcha, kiedy musiałam pojechać na zamiejscowe nagranie. Ale wtedy to były moje początki w radiu. Wiesz, naiwność żółtodzioba. - oznajmiła z mentorską miną.
- Znalazła się doświadczona dziennikarka z prawie dwumiesięcznym stażem. - pomyślałam z przekąsem. Na głos zaś dodałam - No to co w takim razie trzeba wtedy zrobić?
- Pozostaje jeszcze taksówka. - odparła i wparowując do jednego z pomieszczeń stanęła nad głową redaktora Kwietniewskiego, kierownika tego przybytku.
- Nie mamy czym pojechać na nagranie. - bez ceregieli zakomunikowała.
- I co teraz? - żółwim głosem zapytał Kwietniewski, obracając się powoli na krześle w naszym kierunku.
- Jak to co? Potrzebna nam taksówka. - ciągnęła moja redakcyjna koleżanka.
- No to łapcie ją - zachichotał.
- Ale przecież nie będziemy płacić z własnej kieszeni - odparła oburzona.
- Kolego! - wykrzyknął Kwietniewski na widok wchodzącego do pokoju młodszego 
redakcyjnego Romka, machającego kluczykami do pandy. - Gdzie ty teraz jedziesz?
- Eee, no, nagranie mam - odparł.
- Gdzieś w okolicach uniwersytetu może? - zapytał wice-kierownik.
- Właściwie parę ulic wcześniej. A co? - popatrzył zdziwiony.
- No to się świetnie składa. Będziesz miał dwie pasażerki. Dziewczyny, jedziecie z Romkiem. Podrzucisz je na uniwerek - zadecydował.
- A czym niby wrócimy? - Dagma nie czuła się usatysfakcjonowana takim rozwiązaniem.- Mamy to nagrać na dwunastą. Nie wyrobimy się autobusem.
- Baby, ja z wami oszaleję. Weźcie karnety na taksówkę. Tylko mi już nie marudźcie - odrzekł wręczając nam świstki papieru.
- Dzięki szefie. - zanim się obejrzałam Dagma z Romkiem byli już w połowie schodów.
- Jak tak dalej pójdzie, to najpóźniej za miesiąc dostanę zawału - moje myśli sapały razem ze mną, kiedy wypluwając płuca próbowałam ich dogonić.

wtorek, 19 czerwca 2012

Me gustas tu - Manu Chao

Me gusta viajar - Lubię podróżować :-).


Dziś kilka słów o lubieniu, wyśpiewanych przez

José-Manuela Thomasa Arthura Chao, lepiej znanego jako Manu Chao.

Piosenkę "Me gustas tu" czyli "Lubię cię", albo jak kto woli "Podobasz mi się", dedykuję wszystkim, od których otrzymałam dziś miłe słowa z powodu pewnego istotnego dla mnie wydarzenia decydującego o moim być albo nie być na tym świecie:-).

Do każdego z Was osobno "Me gustas tu" :-).




Me gustas tu - Manu Chao:
http://www.youtube.com/watch?v=mzgjiPBCsss

Dla tych, którzy tak polubili tą piosenkę , że aż chcą ją sobie pośpiewać, na przykład pod prysznicem, zamieszczam tekst. Z grubsza rzecz ujmując Manu śpiewa w nim, że lubi wszystko od samolotów, podróży, wiatru, marzeń, morza, motorów, biegania, deszczu, powrotów, gór, nocy, marichuany, kolacji, kuchni, sąsiadek, kolumbijek, gitary, muzyki regaee, zalecania się, cynamonu, ognia, rządzenia, kasztanów po Corunię, Małasanę i Gwatemalę. Jak widać rozrzut jego zainteresowań jest ogromny, ale i tak najbardziej lubi ciebie.



Proxima Estacion Esperanza
Me gustas tu - Manu Chao
Me gustan los aviones, me gustas tu.
Me gusta viajar, me gustas tu.
Me gusta la mañana, me gustas tu.
Me gusta el viento, me gustas tu.
Me gusta soñar, me gustas tu.
Me gusta la mar, me gustas tu.
Que voy a hacer ,

je ne sais pas
Que voy a hacer
Je ne sais plus
Que voy a hacer
Je suis perdu
Que horas son, mi corazón
Me gusta la moto, me gustas tu.
Me gusta correr, me gustas tu.
Me gusta la lluvia, me gustas tu.
Me gusta volver, me gustas tu.
Me gusta marihuana, me gustas tu.
Me gusta colombiana, me gustas tu.
Me gusta la montaña, me gustas tu.
Me gusta la noche, me gustas tu.
Que voy a hacer ,
je ne sais pas
Que voy a hacer
Je ne sais plus
Que voy a hacer
Je suis perdu
Que horas son, mi corazón
Me gusta la cena, me gustas tu.
Me gusta la vecina, me gustas tu.
Me gusta su cocina, me gustas tu.
Me gusta camelar, me gustas tu.
Me gusta la guitarra, me gustas tu.
Me gusta el regaee, me gustas tu.
Que voy a hacer ,
je ne sais pas
Que voy a hacer
Je ne sais plus
Que voy a hacer
Je suis perdu
Que horas son, mi corazón
Me gusta la canela, me gustas tu.
Me gusta el fuego, me gustas tu.
Me gusta menear, me gustas tu.
Me gusta la Coruña, me gustas tu.
Me gusta Malasaña, me gustas tu.
Me gusta la castaña, me gustas tu.
Me gusta Guatemala, me gustas tu.
Que voy a hacer ,
je ne sais pas
Que voy a hacer
Je ne sais plus
Que voy a hacer
Je suis perdu
Que horas son, mi corazón

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Papużki nierozłączki.


http://a1n2k3a.blog.interia.pl/zwierzeta-swiata/
- No to teraz mnie pochwalą za przygotowany wczoraj, pierwszy samodzielny materiał. - pomyślałam  zapominając o dzisiejszej "walce na łyżki" i ulokowałam się wygodnie na dywanie obok Dagmy.
- Pani koleżanko ciekawa jestem, czy nas dziś znowu gdzieś razem przydzielą? - zadrwiła.
- Witamy panie koleżanki. Chodźcie tu bliżej do nas. - Inga, zastępca naczelnego zdawała się czytać w naszych myślach.
- Eee, nie. Nam tu dobrze. - niechętnie odrzekła Dagma i schowała się za ścianą.
- A ja pójdę - pomyślałam. - Trzeba być blisko jak mnie będą chwalić. 
 
Tyle, że bliżej nie było miejsca.
- Siadaj tutaj. - Aśka, córka jednej z reporterek wskazała mi skrawek krzesła. Po ponad godzinnym siedzeniu w pozycji narciarza szykującego się do skoku, nie miałam czucia w niczym. Do tego nawet słowem nie wspomnieli o moim wczorajszym fenomenalnym materiale. W zamian za to znowu połączyli nas z Dagmą. Miałyśmy pojechać razem na kolejne nagranie.
Kierunek -  uniwersytet.
Cel - uroczysta inauguracja roku akademickiego.
Ważne szychy - arcybiskup i jakaś minister.
Czas -  dziesiąta zero zero.
O kurka, no to mamy pół godziny, żeby dostać się na drugi koniec miasta!
 



piątek, 15 czerwca 2012

Niewychowany kocur

Z cyklu "Dramatyczne przeżycia babci i wnuczki":


"...Wreszcie dotarłyśmy do domu. Na klatce strasznie śmierdziało, bo kot pani Kosiorowej po prostu się zsikał. Już wam mówiłam, że to chamidło. W mieszkaniu ogrzałyśmy się pijąc ciepłą herbatę i poszłyśmy do piwnicy po warzywa. Na klatce znowu śmierdziało..."

Koci skręt

Reporterów portret własny.



- Piiiip pip piiip pipipipi! To jest pip moja łyżeczka! Pipipipi! Szewczuk tyle razy ci mówiłem, nie ruszaj pip nie swoich rzeczy! A już tym bardziej nie ruszaj moich rzeczy! Czy ty u diabła nie możesz sobie przynieść z domu swojej łyżeczki?! Czy to pip jest takie skomplikowane pip?! -  od samego rana  redaktor Koń w subtelny sposób dawał do zrozumienia, że pożyczanie cudzych rzeczy bez pytania nie jest zgodne z zasadami savoir-viveru, latając przy tym po pokoju z zaciśniętą w ręku łyżeczką do herbaty. Ten kulturalny inaczej facet był w gruncie rzeczy porządnym gościem tyle, że po wielu latach pracy w branży, jego nerwy uległy znacznej eksploatacji. Tak jak nerwy większości pracowników redakcji informacji.
- Jak nie chcesz żebym zabierał twoją łyżeczkę to se kup sejf i ją tam zamknij! - ofiara Konia nic sobie nie robiła z usłyszanej przed chwilą reprymendy. Widocznie przywykła już do agresywności kolegi.
- Żebyś wiedział, że sobie kupię! I wiesz co potem zrobię?! Wsadzę cię pip do środka, żebyś nie zabierał mojej łyżeczki! - odparł czerwony z gniewu Koń, który mimo całej mojej sympatii do niego, bardziej przypominał teraz świnkę niż wierzchowca.
- Skończcie się kłócić i chodźcie na zebranie. Szefostwo idzie. - głos jednej z dziennikarek przerwał poranną "sprzeczkę" i dwaj skaczący sobie przed chwilą do oczu mężczyźni grzecznie potuptali do pokoju obok. Sprawy nie było. Łyżeczka, choć nieumyta, powróciła do właściciela.

czwartek, 14 czerwca 2012

Beautiful Tango - Hindi Zahra

Na dziś utwór, który poza tytułem ma tyle wspólnego z tangiem, co jego wykonawczyni Hindi Zahra z Indiami. Posłuchajcie więc nietangowego tanga w wykonaniu francusko - marokańskiej piosenkarki.

Hande Made - PromoBeautiful Tango - Hindi Zahra:

http://www.youtube.com/watch?v=sociXdKnyr8&feature=related

środa, 13 czerwca 2012

Chwalipięta.

Fanfary
- W porządku. Dajemy to w dzienniku za pół godziny. - odrzekła bez żadnego entuzjazmu. 
A fanfary? A wiwaty na cześć mojego dziennikarskiego talentu? Może chociaż przyjacielskie poklepanie po ramieniu? Nie, to nie. Jeszcze mnie kiedyś poprosi o autograf. W sumie jak poprosi to dam. Mściwa nie będę. Tylko niech poprosi. Pliz, pliz. Wewnątrz wszystko we mnie skakało. Mój pierwszy samodzielny materiał za parędziesiąt minut będzie na antenie. Opanowałam jednak bulgoczące emocje i beznamiętnym tonem zapytałam - Czy jestem jeszcze dziś potrzebna?
- Nie. Niech pani zmyka do domu.- odrzekła wydawczyni, nie wyściubiając nosa zza komputera.
Ubrałam się, po czym całą swoją energię skumulowałam na udawaniu, że wcale mnie nie obchodzi fakt, że piętnastosekundowy wycinek wywiadu rzeki pojawi się dziś na falach eteru. Upojona szczęściem, chwiejnym krokiem wyszłam z redakcji, prawie łamiąc sobie na schodach nogi. Odpychając się od ścian minęłam korytarz i chodem czapli przeszłam koło siedzącego w hallu strażnika, który popatrzył na mnie jak na dziwadło. Jeszcze bardziej musiał się zdziwić, kiedy po wyjściu z budynku odtańczyłam taniec godowy żurawi, a potem energicznie zaczęłam szarpać torebkę w poszukiwaniu telefonu.
- Halo! Mama! Aaaahahaha! Hihihi! Słuchaj najbliższego dziennika radiowego! Koniecznie! Hihihi! Nie. Ja tam nic nie będę mówić. Literat będzie gadał. To wszystko moja zasługa. I powiedz tacie. I zadzwoń do babci, niech pójdzie do sąsiadki, bo ona łapie nasze fale radiowe. Niech sobie posłuchają. - rozłączyłam się pozostawiając osłupiałą matkę rodzicielkę po drugiej stronie słuchawki.
Dobra. To już załatwione. Teraz biegiem do knajpy pochwalić się znajomym.

wtorek, 12 czerwca 2012

Pająki w Bolywood



Pora na drugą grupę tańców świata. Dziś mieszanka hardcorowa, włoski taniec tarantella i indyjski bolywood dance. Zobaczcie i oceńcie.


Tarantella zawdzięcza swoją nazwę leżącej na południu Włoch miejscowości Taranto, z której podobno pochodzi. Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że taniec ten jest lekarstwem na ukąszenie tarantuli. Jad tego pająka powodował szczypanie i konwulsje. Jedynym ratunkiem na te dolegliwości był taniec.

http://www.youtube.com/watch?v=trCrFGUdHNw&feature=related


Jeżeli macie problemy z jadem tarantul, podaję poniżej przepis na tarantellę. Kto wie, może kiedyś posłużycie się nim, jako bronią przed jadowitymi pajęczakami?


Przepis na tarantellę:


Dwa podskoki lewą nogą, jednocześnie wymachując prawą skrzyżnie z lewą.
Dwa podskoki prawą nogą, jednocześnie machając lewą skrzyżnie z prawą.
Cały układ powtórzyć siedem razy.
Teraz kolej na bieg w miejscu przez kilka sekund. Potem powrót do początkowego układu. Powtórzyć cztery razy.
Złapać stojącego najbliżej partnera, bądź partnerkę haczykim za rękę obracając się w prawo. Klasnąć i zrobić obrót w lewo. Powtórzyć i wrócić do wykonywania początkowego układu. Powtórzyć tyle samo razy, co poprzednio. Zakończyć solowymi obrotami w miejscu.


Trudne? Ale za to natychmiastowe uzdrowienie murowane.






Kto ma ochotę na kolejny szalony taniec, tego zapraszam do obejrzenia bolywood dance. Tu niestety gotowego przepisu na jego zatańczenie nie ma. Ile indyjskich produkcji filmowych, tyle tańców. Elementem łączącym wszystkie choreografie jest energicznie skakanie w kolorowych strojach oraz towarzyszące temu zawodzenie  śpiewających.

http://www.youtube.com/watch?v=t8nWrL89wos&feature=related




I jeszcze mała prywata. Malarek, to Bolywood jest specjalnie dla Ciebie. Wszystkiego dobrego z okazji urodzin. Obyś miała życie kolorowe jak indyjski film.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Nie kojarzę tej imprezy.

Maszyna widocznie pomyślała, że jej nieuzasadniony opór nie ma sensu i dała za wygraną, przez co montowanie poszło ekspresowo. Dwudziesta druga minuta na minidisku przebiegła bez większych poprawek. Po kwadransie materiał był zrobiony. Napuszona jak paw, a raczej pawica, chociaż nie, jak paw jednak, bo pawice chyba się nie puszą, przeszłam do kolejnego etapu mojej pracy, którym było pisanie podprowadzki.
No dobra, ale właściwie co to za jubileusz był? Urodziny? Eee, w jego wieku to już wstyd obchodzić. To może imieniny? W ekspresowym tempie wyszukałam informacji na temat imienin Jaromira, śpiewając w myślach peany na cześć internetu i tego jak to dobrze, że w dzisiejszych czasach można sobie wszystko wyguglać i uzyskać informację w "try miga". Peany odśpiewane a rezultat żaden. Jedne imieniny już były, a drugie dopiero będą. Poza tym mówili do niego per jubilat, czyli żaden z niego solenizant. Trzeba szukać dalej.
Wpisałam w wyszukiwarce hasło "Jaromir Szklarski". Na ekranie pojawiły się odnośniki do jego twórczości.  - ..autor piętnastu książek, opracował kilkadziesiąt tomików wierszy innych poetów, współredaguje „Takt”, wielokrotnie nagradzany za swoje dokonania...
Spróbujmy inaczej.
- Jaromir Szklarski, Takt, jubileusz – wystukałam w okienku.
- Dwudziestopięciolecie Taktu - pojawiło się na ekranie. Hurra! Mam cię ptaszku. Kliknęłam w link, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej  - „…odbyło się w 2006 roku.”
No to się spóźniłam. Jakieś dwa lata z hakiem. No i klops. Więcej informacji brak. Przecież nie zapytam się wydawcy, na jakim jubileuszu byłam, bo mnie weźmie za jeszcze większą idiotkę niż wyglądam.
Szanowny jubilat widocznie nie był na tyle szanowny, żeby zamieszczać obszerne informacje na jego temat w internecie. Wobec powyższego postanowiłam sama stworzyć mu życiorys z tego, co zdołałam wynaleźć.
- Pani stażystko, ma pani już ten materiał z trzydziestolecia pracy artystycznej Szklarskiego? – głos mojej wydawczyni uciszył burzę wywołaną w moim mózgu przez szare komórki i poczułam strumień gorącej miłości do tej kobiety. Byłam gotowa poświęcić dla niej wszystko... Męża, rodzinę, dzieci i nosić ją na rękach do końca życia. Zaraz, ale tak właściwie jakiego męża? Jakie dzieci? Tak czy siak, jedno zdanie tej babki rozjaśniło ciemność mojego umysłu. Literat świętował trzydziestolecie twórczości. Hip hip hura na jego i moją cześć! No i jeszcze wydawczyni, która bezwiednie uchroniła mnie przed totalną kompromitacją.
Kamera, akcja, piszemy. Dziesięć minut później zadowolona stałam nad głową redaktorki czekając na jej opinię niczym skazany na wyrok. Dodam tylko, że jak bardzo dumny ze swojego występku skazany.

piątek, 8 czerwca 2012

Raport specjalny

Z cyklu "Przygody babci i wnuczki":


"...Później poszłyśmy do trzech sklepów i do banku, a następnie babcia poszła po chleb a ja do cioci. Tam zrobiłam kanapki i herbatę, a gdy przyszła babcia zaczęłyśmy oglądać zdjęcia. Wkrótce po tym ciocia poprosiła mnie, żebym poszła po zapałki. W drodze do kiosku spotkałam tą panią, która mieszka pod ciocią. Pogadałyśmy sobie i pożegnałam się z nią. Gdy wróciłam babcia się ubierała. Miałyśmy iść pozałatwiać inne sprawy. Ciocia miała przyjść do nas później..."




Myślę, że nie jeden policjant byłby zadowolony gdyby każdy świadek, którego przesłuchuje zdawał mu tak skrupulatnie relacje z przebiegu wydarzeń.

środa, 6 czerwca 2012

Wyścig z czasem.

- Choroba. Jak się to ustrojstwo podłącza? – bezradnie spoglądałam na stojące obok komputera wielkie pudło z masą wejść, guziczków i kabli, z których jeden miał pasować do mojego malutkiego minidiska. - Że też musiałam trafić na jedyny komputer, w którym podłącza się wszystko zupełnie inaczej niż w pozostałych. A miało być tak pięknie , zupełnie jak w "Małgośce" Maryli Rodowicz:

„ Już zapisany dźwięk został w urzędzie,
słowa nagrane po kablu szły,
już wiedziałam, co z tego będzie
gdy na mej drodze stanąłeś ty.
Komputer mówią ci,
Utrudniasz życie mi
Ach jak utrudniasz to mi, głupi,
Oj głupi ty.”


- Co tam dziergasz? – głos redakcyjnego Romka numer dwa, przerwał powstającą w mojej głowie radosną twórczość nie na temat.
- Eee. No właśnie jeszcze nic, bo nie umiem tego podłączyć. – wybąkałam.
- Dobra. Dawaj to ci pomogę, ale jak skończysz komputer jest mój. – odparł i po minucie zapis dźwięku pojawił się na ekranie.
- Tylko uprzedzam, że to może potrwać, bo muszę znaleźć najpierw odpowiedni fragment. - przestrzegłam.
- A na co robisz? – zapytał
- Na dziennik. – odparłam, chociaż właściwie sama dobrze nie wiedziałam. Z przejęcia zapomniałam zapytać o to wydawcy, a potem bałam się podejść drugi raz, więc postanowiłam, że samodzielnie zadecyduję co z tym zrobić. Niech i ja chociaż w minimalnym stopniu pobędę wydawcą swojego dźwięku.
- No to krótka piłka. Wybierzesz z tego dwadzieścia sekund i po sprawie.– ucieszył się.
Piętnaście do dwudziestu sekund – sprecyzowałam. Właśnie taką długość mają dźwięki puszczane w eter w jednej informacji dziennikowej. P I Ę T N Ś C I E sekund poprzedzone dwugodzinnym posiedzeniem u literata, które zaowocowało dwudziestopięciominutowym nagraniem i bolącą ręką. W dodatku wypowiedź, którą miałam zamiar zawrzeć w tym krótkim czasie, była na samym końcu monologu artysty i żeby do niej dotrzeć trzeba było najpierw wgrać do komputera pozostałą gadaninę. Tak, tak stażystom nie dają superszybkich urządzeń wgrywających dźwięk w mgnieniu oka.
- Wiesz już, co chcesz umieścić w dźwięku? – Romek nie zdawał sobie sprawy z mojej sytuacji.
- Eee, yyy… No niby wiem. – wydukałam
- No, to myk, myk i zaraz będzie gotowe. – odparł beztrosko.
- Tyle, że ja mam to na końcu nagrania.
- A ile masz tego nagrania? – zapytał
- Jakieś dwadzieścia pięć minut – wyszeptałam pragnąc zapaść się pod ziemię.
- Na jeden dziennik? Za jakie grzechy ktoś ci kazał tyle nagrywać?
- Chyba za te wszystkie wagary z polskiego. Dzisiaj miałam przyspieszony kurs poezji. Z naciskiem ma poezję Jaromira Szklarskiego.
- Ojeju. No dobra, to ty się męcz a ja idę szukać innego wolnego kompa. – oświadczył zawiedziony. Zostałam sama z niechętną do współpracy maszyną.

wtorek, 5 czerwca 2012

Santa Maria - Gotan Project



Pozostając w poruszonym kilka postów temu temacie tangowym, proponuję posłuchać tanga w wersji elektronicznej, w wykonaniu zespołu "Gotan Project", w którego skład wchodzą Argentyńczyk, Francuz i Szwajcar.
Tym, którzy oglądali film "Shall we dance" z Richardem Gere i Jennifer Lopez, być może wyda się ono znajome.


http://www.youtube.com/watch?v=e7xTPVihFFk

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Radio romans.



- Mam materiał, mam materiał. – ta radosna myśl kołatała mi w głowie, kiedy biegłam przez miasto. Chociaż właściwie, jakie biegłam? Niewidzialne skrzydła unosiły mnie nad ziemią i wcale im nie przeszkadzało, że jestem cięższa o solidny kawałek tortu otrzymanego od szanownego grona czcicieli jubileuszu jeszcze bardziej szanownego literata. Mknąc tak rozanielona, minęłam radiową portiernię i forsując najtrudniejszą do pokonania przeszkodę w postaci drzwi, które trzeba było otworzyć specjalną kartą z czytnikiem, wleciałam po schodach do redakcji.
- Mam materiał! – wykrzyknęłam ubierając tym samym moje myśli w słowa.
- To dobrze, a na jaki temat? – zapytała redaktor, która dziś była wydawcą i która sama mi ten materiał zleciła. W jednej chwili z moich skrzydeł zostały pojedyncze piórka.
- No, o tym słynnym literacie, który miał dziś święto. – odparłam skołowana. Czyżbym sobie to tylko wymyśliła? W końcu tyle razy marzyłam o dostaniu własnego materiału, że może z tego wszystkiego wmówiłam sobie, że muszę to nagrać. No ale z drugiej strony, przecież nie słyszałam wcześniej o kwartalniku „Takt”? Zaraz, a może mi się to wszystko przyśniło? Może ja wcale nie byłam na imprezie u literata?
- Aaa, ten materiał… – redaktor Marlena Ruda rozwiała moje wątpliwości.
To znaczy, że jeszcze nie ześwirowałam i nadal odróżniam realność od fikcji. Uff, ale ulga.
- No to siadaj i montuj, – oznajmiła.
- A na którym komputerze? – zapytałam.
- Na którym chcesz. – odparła.
- To może skorzystam z tego w pani pokoju? – wyszeptałam nieśmiało.
- A broń Boże! – wykrzyknęła - Z tego nie. Zaraz będzie mi potrzebny.
Pierwszą zasadą, której musi trzymać się stażysta, jest nie korzystanie z urządzeń, które łączy wspólna przeszłość z nerwowymi dziennikarzami. Innymi słowy, jeżeli z danego komputera zazwyczaj korzysta jakiś radiowy pieniacz i do tego ten pieniacz ma akurat dyżur, to pod żadnym pozorem nie można nawet popatrzyć w kierunku nieszczęsnego ustrojstwa. Pieniacze są mocno do nich przywiązani. Łączy ich wspólna przeszłość, znają swoje sekrety, dbają o siebie, czasem się kłócą. Myślę, że nawet po cichu się kochają, chociaż nikomu za żaden skarby świata się do tego nie przyznają. Takich miłostek między komputerem a jego panem nie ma w radiu wiele, ale jeśli już się zdarzają, to osoby trzecie nie powinny się do nich mieszać. Nawet, jeśli akurat dany komputer nie ma z nikim romansu, to i tak trzeba liczyć się z tym, że może przyjść ktoś bardziej doświadczony od szarego stażysty i wykopać biedaka, zostawiając go z niedokończonym materiałem. Szkoda, że nie da się tego wcześniej przewidzieć. No ale jak mawiają dresiarze;  jest ryzyko, jest zabawa. 
Kierując się tą maksymą wybrałam kompa, przy którym zwykle pracuje kierownik redakcji reporterów. Nie, żeby od razu był między nimi jakiś romans. Ot, po prostu bardzo się lubią.
- Może i my się polubimy komputerku? – pomyślałam i uśmiechając się do monitora zabrałam się do pracy.

piątek, 1 czerwca 2012

Dzieciaki cudaki

Piosenka o zakochanych krokodylkach. Ze specjalną dedykacją dla wszystkich dzieciaków i tych, którzy w głębi duszy nadal czują się dziećmi.
http://www.youtube.com/watch?v=0cQJ6lBHXxs

A na dokładkę kilka śmiesznych filmików:
http://www.youtube.com/watch?v=ZWHpcKXt-qQ&feature=related


Pożegnanie z poetą.

- Nareszcie mam materiał. Poprzednie dwudziestominutowe nagranie można śmiało wyrzucić do kosza. Tylko, czemu mój rozmówca dalej gada? Jeju, zaraz wyczerpie mi się  bateria. Ja chcę do radia!
Po kolejnych piętnastu minutach nie wytrzymałam.
- Dziękuję za rozmowę. Bardzo interesująca, na prawdę, baaardzo interesująca. - zapewniłam jubilata. - Żałuję, że nie mogę dłużej tego słuchać, ale sam pan rozumie, praca. Słuchacze pragną najświeższych informacji. - takie drobne kłamstwo nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Tym bardziej, że w słusznej sprawie. Muszę przecież jak najszybciej poinformować naród o jubileuszu redaktora Jaromira Szklarskiego. Pozostało tylko jedno małe niedomówienie... Z jakiej okazji jest ten jubileusz? Tym zajmę się jednak potem.
- Rozumiem. To już niech sobie pani sama poprawi moją wypowiedź, żeby miała sens. - poinstruował mnie poeta.
- Na pewno. Wydobędę z tej rozmowy samo sedno. - zapewniłam
- Na pożegnanie pragnę wręczyć pani dwa ostatnie wydania "Taktu", żeby mogła sobie pani poczytać w wolnej chwili. I proszę pozdrowić ode mnie redaktora naczelnego. To mój bliski przyjaciel.
- Jasne.  Pozdrowię. Przy najbliższym spotkaniu przy piwku. Przecież tak się dobrze znamy, że co tydzień umawiamy się do knajpy. - zadrwiłam w myślach i z bananem przyklejonym do twarzy opuściłam spotkanie.
Fajny facet z tego literata. Tylko straszny gaduła.