- Choroba. Jak się to ustrojstwo podłącza? – bezradnie spoglądałam na stojące obok komputera wielkie pudło z masą wejść, guziczków i kabli, z których jeden miał pasować do mojego malutkiego minidiska. - Że też musiałam trafić na jedyny komputer, w którym podłącza się wszystko zupełnie inaczej niż w pozostałych. A miało być tak pięknie , zupełnie jak w "Małgośce" Maryli Rodowicz:
„ Już zapisany dźwięk został w urzędzie,
słowa nagrane po kablu szły,
już wiedziałam, co z tego będzie
gdy na mej drodze stanąłeś ty.
Komputer mówią ci,
Utrudniasz życie mi
Ach jak utrudniasz to mi, głupi,
Oj głupi ty.”
- Co tam dziergasz? – głos redakcyjnego Romka numer dwa, przerwał powstającą w mojej głowie radosną twórczość nie na temat.
- Eee. No właśnie jeszcze nic, bo nie umiem tego podłączyć. – wybąkałam.
- Dobra. Dawaj to ci pomogę, ale jak skończysz komputer jest mój. – odparł i po minucie zapis dźwięku pojawił się na ekranie.
- Tylko uprzedzam, że to może potrwać, bo muszę znaleźć najpierw odpowiedni fragment. - przestrzegłam.
- A na co robisz? – zapytał
- Na dziennik. – odparłam, chociaż właściwie sama dobrze nie wiedziałam. Z przejęcia zapomniałam zapytać o to wydawcy, a potem bałam się podejść drugi raz, więc postanowiłam, że samodzielnie zadecyduję co z tym zrobić. Niech i ja chociaż w minimalnym stopniu pobędę wydawcą swojego dźwięku.
- No to krótka piłka. Wybierzesz z tego dwadzieścia sekund i po sprawie.– ucieszył się.
Piętnaście do dwudziestu sekund – sprecyzowałam. Właśnie taką długość mają dźwięki puszczane w eter w jednej informacji dziennikowej. P I Ę T N Ś C I E sekund poprzedzone dwugodzinnym posiedzeniem u literata, które zaowocowało dwudziestopięciominutowym nagraniem i bolącą ręką. W dodatku wypowiedź, którą miałam zamiar zawrzeć w tym krótkim czasie, była na samym końcu monologu artysty i żeby do niej dotrzeć trzeba było najpierw wgrać do komputera pozostałą gadaninę. Tak, tak stażystom nie dają superszybkich urządzeń wgrywających dźwięk w mgnieniu oka.
- Wiesz już, co chcesz umieścić w dźwięku? – Romek nie zdawał sobie sprawy z mojej sytuacji.
- Eee, yyy… No niby wiem. – wydukałam
- No, to myk, myk i zaraz będzie gotowe. – odparł beztrosko.
- Tyle, że ja mam to na końcu nagrania.
- A ile masz tego nagrania? – zapytał
- Jakieś dwadzieścia pięć minut – wyszeptałam pragnąc zapaść się pod ziemię.
- Na jeden dziennik? Za jakie grzechy ktoś ci kazał tyle nagrywać?
- Chyba za te wszystkie wagary z polskiego. Dzisiaj miałam przyspieszony kurs poezji. Z naciskiem ma poezję Jaromira Szklarskiego.
- Ojeju. No dobra, to ty się męcz a ja idę szukać innego wolnego kompa. – oświadczył zawiedziony. Zostałam sama z niechętną do współpracy maszyną.