środa, 25 kwietnia 2012

Wyszli po angielsku.

Moje przybycie nie wzbudziło większych emocji. Każdy robił swoje mając moją osobę daleko gdzieś.
- No dobra. Trzeba brać się do roboty. Pisać podprowadzki, nagrywać audycje, dzialać, działać, działać... - pomyślałam niezrażona tak oziębłym przyjęciem. - Tylko jak mam działać, skoro wszystkie komputery są zajęte? Mało tego. Nawet wszytkie krzesła są pozajmowane. No wiecie co? Wczoraj chciałam odstąpić komuś moje siedzisko, ale chętnych nie było. Dzisiaj za to wszyscy się rzucili, przez co muszę podpierać ścianę. W tym czasie mogłabym zrobić tyle rzeczy, a zbawić świat to co najmniej ze dwa razy. No ale jak to zrobić, kiedy się nie ma na czym siedzieć? - zrezygnowana dorwałam jakąś gazetę i pogrążywszy się w lekturze nie zauważyłam kiedy w pokoju zrobiło się pusto. 
- Gdzie u licha oni wszysy się podziali? Pewnie nagrywają swoje programy. Nic mi nie powiedzieli, bo boją się konkurencji. Mnie nie uciekną. I tak ich dorwę. - rozejrzałam się w koło i dostrzegłam przez szybę, że ostatni pokój w redakcji jest pełen ludzi. Chyba właśnie rozpoczęło się zebranie. Szkoda, że nikt mi o tym nie powiedział. Zapewne chcieli sprawdzić moją czujność. Następnym razem, tak łatwo się nie dam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz