Po tym, jak pierwsza faza oszołomienia minęła, zaczęłam moje zapoznawanie się z otoczeniem. Poznałam biurko, komputer, klawiaturę i krzesło, na którym z resztą siedziałam i siedzialam i siedziałam... Próbowałam nieznacznie dać do zrozumienia Romkowi, że krzesło owo być może bardziej przyda się komuś innemu, będącemu w większej potrzebie siedzenia. Ja w tym czasie mogłabym pochodzić sobie po okolicy i dojść na przykład do domu.
- Od której mam być codziennie w radiu? - zagadnęłam ni stąd ni zowąd.
- Wystarczy żebyś przychodzila na zebrania. Wcześniej nie ma potrzeby. - odparł Romek.
- A do której mam tu być? - kontynuowałam wątek.
- Myślę, że co najmniej do dziewiątej wieczorem. - powiedział z szelmowskim uśmieszkiem mój pierwszy w życiu przełożony, po czym puścił do mnie oczko.
- Ładne oczy masz chłopaku, ale ja dalej nie wiem o której wrócę do domu? - pomyślałam z trwogą i postanowiłam odsiedzieć osiem godzin i zapoznać się bliżej z internetem. Wskazówki zegara akurat tego dnia zastrajkowały i postanowiły przesuwać się wolniej. Wreszcie zostało piętnaście minut do godziny, w której zaplanowałam skończyć pracę. Podczas gdy Romek wyszedł na chwilę z pokoju, czym prędzej złapałam kurtkę, rzuciłam pospieszne "do widzenia" reszczie załogi i zwiałam, czując się jak uciekinier z Alcatraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz