środa, 18 kwietnia 2012

Ach, jak chciałam dziennikarką być.

Dziennikarstwo było moim marzeniem od kiedy pamiętam. Zawsze chciałam pisać, ale do opublikowania książki byłam zbyt leniwa.  Doszłam do wniosku, że będę tworzyć teksty do gazety.  Na to jednak też nie miałam wystarczająco dużo determinacji. Moja twórczość ograniczała się do "produkowania" wypracowań znajomym, którzy mi za to płacili. Ot i cała pisanina. Potem poszłam na studia prawnicze i moje artystyczne myślenie zanikło na pięć lat.
Na trzecim roku zaczęłam odbierać sygnały z umysłu, że siedzenie w paragrafach to nie dla mnie. Co w takim razie było dla mnie? Afrykanistyka?  Za późno. Uważałam, że jestem na to za stara.  Na co więc byłam odpowiednio młoda?
- Dziennikarstwo - podszeptywała mi mama, - Zrób podyplomówkę.
Nie słuchałam. Nieee.  Ja to w ogóle chcę mieć domek w górach, gospodarstwo agroturystyczne i chcę podróżować.  Z podróży przywiozę przepisy na potrawy, które będę serwować w mojej knajpce.  Umebluję ją  meblami z różnych stron świata. Będzie super. I tak o knajpce myślę do tej pory. Nadal tylko myślę...
W ten sposób minęło pięć lat studiów. Potem był jeszcze pomysł pilotiwania wycieczek. Nie wypalił. Zostałam z dyplomem magistra, bez pracy, z depresją. Wszyscy znajomi pracowali, a ja nie wiedzialam czego chcę od życia. Zapisałam się na języki i zaczęłam nowe studia. Moja mama jest prorokiem, bo to były studia dziennikarskie. Odzyskałam wiarę w siebie, doły i depresje zaczęły przechodzić.
Myślałam wtedy, że to co mnie kręci to dziennikarstwo prasowe, do czasu kiedy poszłam na warsztaty  z dziennikarstwa radiowego. Pierwszy moment, kiedy posadzili mnie w studiu przed mikrofonem i miałam przeczytać wiadomości pamiętam do dziś. Starałam się jak mogłam, żeby wyszło jak najlepiej i... nie wyszło. Narodziła się za to moja nowa miłość - radio.
Tą drogą,  po nitce do kłębka wylądowałam na stażu w jednej takiej rozgłośni radiowej.

1 komentarz: