piątek, 27 kwietnia 2012

Jak zostałam monterem.


Kierując się zasadą,  "co cię nie zabije, to cię wzmocni",  otrząsnęłam się i... usiadłam na dobrze znanym mi od wczoraj krześle. Po jakimś czasie zjawił się Romek.
- Chcesz sobie trochę poćwiczyć montowanie? - zapytał.
- To, kim ja właściwie jestem? Dziennikarzem, czy monterem? - pomyślałam rozdrażniona. 

 - Może być. - odparłam bez entuzjazmu.
Zastanawiałam się, co też mi da do zmontowania mój przełożony. Meble, rusztowania, a może rurociągi? Gdybym jeszcze się na tym znała... Pięć lat studiów poszło na marne. Trzeba się było uczyć fachu zamiast siedzieć w paragrafach. Przynajmniej teraz skorzystałabym na tym.
- Siadaj, zaraz uruchomię ci komputer - powiedział.
- Tylko, po co? Mam sobie poczytać o tym w internecie zanim przystąpię do pracy? - pomyślałam i posłusznie usiadłam we wskazanym miejscu. Popatrzyłam na ekran i widniejący na nim zielony wykres. Na pierwszy rzut oka przypominało to takie urządzenie z monitorem, do którego podłącza się chorego w szpitalu. Ono tak pipczy, a wykres cały czas się przesuwa. Czasem linia na monitorze robi się całkiem prosta i to oznacza, ze pacjent zmarł. 
Osoba podłączona do redakcyjnego komputera żyła i miała się całkiem dobrze, bo krzywa skakała jak szalona i daleko jej było do linii prostej. No dobra, ale co to miało wspólnego z zawodem dziennikarza, a tym bardziej z fachem montera? Zbaranieć można w tym radiu.
- Załóż słuchawki. - rozkazał mój starszy stażem, doświadczeniem i wiekiem  kolega.
- No ładnie. Praca w hałasie. Czy to nie jest szkodliwe dla zdrowia? - zastanawiałam się nakładając ogromne nauszniki. W tym momencie do moich uszu dobiegł dźwięk kobiecego głosu.
 - ...eee... w tym roku ...mmm..., wypadków było dużo mniej niż w poprzednim ...yyyy..., jesteśmy zadowoleni z tego ...yyyy..., gdyż ...mlask... nasza akcja przyniosła przyniosła rezultaty.... - usłyszałam w słuchawkach.
- Musisz powycinać wszystkie eee, yyy, przerwy i tak dalej, żeby wypowiedź tej policjantki brzmiała płynnie. Na klawiaturze masz przyciski. Enterem stopujesz linię biegnącą po wykresie, myszką przesuwasz. - wytłumaczył i gdzieś sobie poszedł.
Zabrałam się do roboty. Mniej więcej po pół godzinie moje dzieło było gotowe.
- ...tym rok dków było dużo mniej niż w poprzedni, steśmy zadowoleni z te, dyż asza akcja przyniosła ła rezultaty... - mówiła policjantka po przeróbce.
Chyba muszę jeszcze poćwiczyć to moje montowanie. 

Łubudubu

A teraz trochę o lizusostwie:

http://www.youtube.com/watch?v=DhecpGGOP40

Jarząbek - zwierzyna łowna, ptak jarząbek, jarząbki
Jarząbek - najmniejszy europejski kurak o krótkich nogach i krępej sylwetce.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Hierarchia w radiu.

- Wypadałoby tam pójść. - pomyślałam. - Tylko jakoś tak dyplomatycznie, żeby nikt nie zobaczył, że się spóźniłam.
Plik:Bucyrus Erie Dragline.jpg
Koparka zgarniakowa
No i poszłam. Siadłam pod ścianą, dokładnie na przeciwko naczelnego.
- O! Jest nowa pani stażystka! - zawołał a cały plan wejścia niezauważoną legł w gruzach. Moje policzki oblał krwistoczerwony rumieniec. W takim makijażu wysiedziałam do końca zebrania, wyglądając jak ruska przekupka na targu.
Po zakończeniu rozmów na szczycie reporterzy rozpierzchli się po mieście w poszukiwaniu tematów, a dziennikarze informacyjni zasiedli przed komputery, by szukać w internecie ciekawych newsów. Na placu boju zostałam ja i dwójka praktykantów. Zagadnęłam ich nieśmiało na temat tego kim są i co tu robią, a właściwie dlaczego nic nie robią.
- Powiem ci co nieco o hierarchii w radiu.- odezwała się praktykantka, która na pierwszy rzut oka wydała mi się bardziej przebojowa niż jej kolega. - Na górze jest naczelny i prezes. Są tu najważniejsi, a właściwie to tylko im się tak wydaje, bo radiowcy i tak robią wszystko po swojemu. Potem są kierownicy redakcji. Zaraz po nich dziennikarze vel stare wygi. Tacy, co mają doświadczenie i własne programy. Dalej są ludzie z mniejszym doświadczeniem, ale mający stałe zatrudnienie. Po nich są współpracownicy. Ci naganiają się najbardziej. Chcą się pokazać z jak najlepszej strony, bo marzą żeby zostać tu na stałe. Potem długo, długo nic i jesteście wy, stażyści. Jeśli się mocno postaracie, to po zakończeniu stażu wskoczycie w buty współpracowników. Jeśli nie, to przynajmniej nałapiecie doświadczenia. Po was jest znowu czarna dziura, a na jej końcu jesteśmy my, praktykanci. - moja rozmówczyni zakończyła swoje rozważania pozostawiając mnie z buzią imitującą koparkę zgarniakową, z opuszczonym na dół zgarniakiem. Dla niewtajemniczonych zgarniak to ta duża łycha, którą nabiera się gruz, ziemię, czy co tam jeszcze. Mówiąc kolokwialnie po prostu kopara mi opadła. 
- W co ja się wpakowałam? - pomyślałam przerażona.

Drogi kocie, gdzie twe maniery?



Oto kolejna porcja mojej dziecięcej twórczości:


"..Gdy doszłyśmy do domu, to babcia poszła do pani Zosi po klucz. Pani Zosia się ucieszyła i powiedziała, że kot pani Kosiorowej obsikał babci całą szafę w korytarzu. Chamidło, nie?... "


środa, 25 kwietnia 2012

Wyszli po angielsku.

Moje przybycie nie wzbudziło większych emocji. Każdy robił swoje mając moją osobę daleko gdzieś.
- No dobra. Trzeba brać się do roboty. Pisać podprowadzki, nagrywać audycje, dzialać, działać, działać... - pomyślałam niezrażona tak oziębłym przyjęciem. - Tylko jak mam działać, skoro wszystkie komputery są zajęte? Mało tego. Nawet wszytkie krzesła są pozajmowane. No wiecie co? Wczoraj chciałam odstąpić komuś moje siedzisko, ale chętnych nie było. Dzisiaj za to wszyscy się rzucili, przez co muszę podpierać ścianę. W tym czasie mogłabym zrobić tyle rzeczy, a zbawić świat to co najmniej ze dwa razy. No ale jak to zrobić, kiedy się nie ma na czym siedzieć? - zrezygnowana dorwałam jakąś gazetę i pogrążywszy się w lekturze nie zauważyłam kiedy w pokoju zrobiło się pusto. 
- Gdzie u licha oni wszysy się podziali? Pewnie nagrywają swoje programy. Nic mi nie powiedzieli, bo boją się konkurencji. Mnie nie uciekną. I tak ich dorwę. - rozejrzałam się w koło i dostrzegłam przez szybę, że ostatni pokój w redakcji jest pełen ludzi. Chyba właśnie rozpoczęło się zebranie. Szkoda, że nikt mi o tym nie powiedział. Zapewne chcieli sprawdzić moją czujność. Następnym razem, tak łatwo się nie dam.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Pionierka



Halina Sztompkówna, swój debiut, jako pierwsza w Polsce spikerka radiowa, miała 18 kwietnia 1926 roku, kiedy Polskie Radio Warszawa nadało premierową audycję.

Powróciłam.

Następnego dnia szłam do pracy z duszą na ramieniu. - Zwolnią mnie, czy nie zwolnią za to wczorajsze wyjście piętnaście minut wcześniej? Rany, żeby skończylo się tylko na naganie. - myślałam przerażona. Przed wejściem do budynku chwilę się zawahałam. W imię Ojca i Syna..., idę. Weszłam. - Nie zapomnij podpisać sie na liście. - rozkołatane myśli biegały po mojej głowie. - Jak zapomnisz to cie wywalą. Dobra, jest lista.- Strażnik popatrzył na mnie srogim okiem. -Matko, on juz wie o wszystkim! - Czym prędzej zostawiłam parafkę i pobiegłam w kierunku drzwi prowadzących do redakcji informacji. Tylko jak je otworzyć nie mając identyfikatora?! Raptem, jakby czytając w moich myślach, drzwi się rozwarły na ościerz i z wnętrza wyłonił się Wąsacz w garniturze.
- Pani jest nowa? - zapytał.
 O nie! Wysłali ochroniarza, żeby mnie wywalił! Wykopią mnie stąd jak jakiegoś kowboja z saloonu.
- Taaak... - odrzeklam przełykając ślinę.
- Dobrze. Mam dla pani identyfikator. Proszę się zgłosić po niego później - powiedział wąsaty.
- Tak jest. - odrzekłam zaskoczona i jednocześnie pełna radości z takiego obrotu sytuacji. Hurra, zostaję w radiu! Mój występek został niezauważony! W podskokach, niczym gazela pobiegłam na górę.
- Dzień dobry! - huknęłam na caly regulator. A co tam, niech wiedzą, że już jestem.

sobota, 21 kwietnia 2012

"Ausencia" kontra "Tabakiera"

Ausencia czyli nieobecność. Co prawda, tekst piosenki mówi o innym rodzaju nieobecności niż nieobecność w pracy, ale nie mogłam się powstrzymać od podzielenia się z Wami tym utworem.
Ausencia -  Cesaria Evora i Goran Bregovic.
http://www.youtube.com/watch?v=X74qN9RCAAU

Piosenka ta w polskim brzmieniu nosi tytuł "Tabakiera". Wykonuje ją Kayah.
Tabakiera - Kayah i Goran Bregovic
http://www.youtube.com/watch?v=c56h0Yfm-vk

Ciekawe, która wersja wygra w pojedynku, ta wykonywana przez zmarłą w tym roku artystkę z Wysp Zielonego Przylądka, czy przez naszą rodzimą Kaśkę?

Bardzo długie popołudnie.

Po tym, jak pierwsza faza oszołomienia minęła, zaczęłam moje zapoznawanie się z otoczeniem. Poznałam biurko, komputer, klawiaturę i krzesło, na którym z resztą siedziałam i siedzialam i siedziałam... Próbowałam nieznacznie dać do zrozumienia Romkowi, że krzesło owo być może bardziej przyda się komuś innemu, będącemu w większej potrzebie siedzenia. Ja w tym czasie mogłabym pochodzić sobie po okolicy i dojść na przykład do domu.
- Od której mam być codziennie w radiu? - zagadnęłam ni stąd ni zowąd.
- Wystarczy żebyś przychodzila na zebrania. Wcześniej nie ma potrzeby. - odparł Romek.
- A do której mam tu być? - kontynuowałam wątek.
- Myślę, że co najmniej do dziewiątej wieczorem. - powiedział z szelmowskim uśmieszkiem mój pierwszy w życiu przełożony, po czym puścił do mnie oczko.
- Ładne oczy masz chłopaku, ale ja dalej nie wiem o której wrócę do domu? - pomyślałam z trwogą i postanowiłam odsiedzieć osiem godzin i zapoznać się bliżej z internetem. Wskazówki zegara akurat tego dnia zastrajkowały i postanowiły przesuwać się wolniej. Wreszcie zostało piętnaście minut do godziny, w której zaplanowałam skończyć pracę. Podczas gdy Romek wyszedł na chwilę z pokoju, czym prędzej złapałam kurtkę, rzuciłam pospieszne "do widzenia" reszczie załogi i zwiałam, czując się jak uciekinier z Alcatraz.

piątek, 20 kwietnia 2012

O Dżejku i i potrzebach babci.

W ramach krótkiego przerywnika pragnę przybliżyć czytelnikom fragment mojego listu do rodziców, jaki napisałam podczas wakacji u babci, kiedy miałam trzynaście lat. Jest to jedyna możliwość, żeby ten materiał ujrzał światło dzienne, bowiem żaden szanujący się wydawca nigdy by go nie opublikował. Zaznaczam, że stylistyka i gramatyka tekstu są przepisane dokładnie tak,  jak podaje oryginał.

" ...Myśmy z babcią szczęśliwie dojechały. W Ostrowcu czekałyśmy na autobus tylko piętnaście minut. Babcia ledwo co zdążyła do ubikacji. Jak jechałyśmy, to koło nas siedział taki facet, który był podobny do tego Dżejka z "Doktor Queen". (Napisałam, Dżejk, tak jak się czyta, bo nie wiem jak się poprawnie pisze)..."



Dżejk z "Dr Queen"

Podpro to znaczy podprowadzka.

- Musisz się tutaj o wszystko pytać, albo cię oleją całkowicie. - powiedziała wygladająca na moją rówieśniczkę dziewczyna, która jak się potem okazało, przyszła do radia miesiąc przede mną.
- Dzięki za radę - odpowiedziałam i zaczęłam łowić wzrokiem jakiegoś doświadczonego dziennikarza, bądź dziennikarkę, do którego mogłabym się przyssać. Wybór padł na Romka. Jego twarz wydała mi się najbardziej ludzka. Poza tym miał być moim opiekunem do czasu, kiedy wróci ze zwolnienia kierownik redakcji o dźwięcznym nazwisku Jarek Słowik.
Mój pierwszy w życiu szef kazał mi wybrać sobie z gazet trzy dowolne tematy i zrobić z tego trzy podpro.
- Fajnie, ale co u licha kryje się pod tą czesko brzmiącą nazwą? - zapytałam.
- Podpro to inaczej podprowadzka, czyli tekst informacyjny, który pisze się, po zebraniu materiału i ewentualnym nagraniu dźwięku. Masz po prostu pisemnie zapowiedzieć materiał dźwiękowy. - wyjaśnił Romek.
No to do dzieła! Strannie wybrałam trzy tematy i pękajac z dumy zaczęłam pisać podpro. Chyba sama Szymborska nie była bardziej przejęta, kiedy jej wręczali Nobla. Myślałam sobie, że jestem niezwykle utalentowana, skoro już pierwszego dnia piszę podpro. Tylko jakoś nie zastanowiło mnie, skąd niby oni mają wiedzieć o moim talencie skoro jestem tu dopiero od dwóch godzin. Telepaci? A może inteligencja bije ode mnie na odległość?
Po godznie teksty były gotowe. Jeszcze komputer nie zdążył ostygnąć, kiedy zjawił się mój redakcyjny anioł stróż i po szybkim zapoznaniu się z nimi, stwierdził, że napisałam bardzo ludzkie podprowadzki, po czym wszystkie wykasował...
- To jednak się do niczego nie nadają? - zapytałam ze łzami w oczach.
- Ale skąd! Są dobre. Tylko po co mi newsy z poprzedniego dnia? Chciałem zobaczyć jak piszesz. - odparł Romek i wyszedł z pokoju zostawiając mnie z otwartą jak skarbonka gębą.

Fala 480

"Halo halo Polskie Radio Warszawa, fala 480" - były to pierwsze słowa usłyszane w pionierskiej oficjalnej stacji nadawczej Polskiego Radia.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Rzeczywistość dziennikarza.

Wściekłość i zmęczenie - tyle mogę powiedzieć po miesiącu harówy w radiu. Na początku byłam pełna zapału i chęci do pracy. Po raz pierwszy wchodziłam do najpiękniejszego według mnie budynku w mieście, budynku rozgłośni radiowej. Duma mnie wprost rozpierała. - Patrzcie ludzie, oto idzie wielka dziennikarka. Wody rozstępujcie się, padajcie narody! - myślałam wkraczając po raz pierwszy w progi radia, wśród dźwięku fanfar, grzmiących niestety tylko w mojej głowie.
Kadrowa zaprowadziła mnie do redakcji, w której miałam pracować. - Kulturalna, ekonomiczna, a może muzyczna? - idąc krętymi korytarzami, zastanawiałam się gdzie przyjdzie mi spędzić najbliższe miesiące. Właściwie powinnam była sprawdzić to wcześniej w umowie, ale jakoś tak z wrażenia zapomniałam. Z resztą nie zależało mi specjalnie na żadnej konkretnej, najważniejsze, że była to redakcja radiowa.
Po kilku minutach dotarłyśmy wreszcie na miejsce. Redakcja informacji. Oto moje miejsce pracy.
Zaczęło się zebranie. Codziennie, gdy na zegarze wybija ósma trzydzieści siedem, po wysłuchaniu dziennika z ósmej trzydzieści, schodzą się radiowe szychy, by ustalić plan działania na nadchodzący dzień. Pierwsze kolegium, bo tak fachowo sie to nazywa, przestałam na własnych nogach. Błąd ten przepłaciłam usztywnieniem kolan, przez co przez resztę dnia poruszałam się jak robot. Z czasem nauczyłam się, że na czas redakcyjnego zebrania, najlepiej znaleźć sobie wygodne miejsce gdzieś na podłodze, niezbyt blisko naczelnego, ale też nie za bardzo w ukryciu, żeby się nie czepiali, że się migam od pracy.
Wróćmy jednak do pierwszego dnia. Zostałam przedstawiona zespołowi ludzi, których od dziś miałam widywać prawie codziennie. Nie zrobiłam chyba na nich piorunującego wrażenia. Niektórzy zerknęli na mnie bez entuzjazmu, inni, nawet nie odwrócili głów w moją stronę. - Co za rodzinne, ciepłe przyjęcie. - pomyślałam przytuliwszy się do ściany.
W czasie kolegium zdążyłam przyjrzeć się hienom, które tylko czekały, żebym stała się ich padliną. - Ludzie o mocnych charakterach. - pomyślałam. Z czasem okazało się, że miałam rację. Po bardzo długiej godzinie zebranie wreszcie się skończyło. Wszyscy się rozeszli do swoich zajęć, a ja zostałam na środku pokoju, nie wiedząc co ze sobą zrobić.

środa, 18 kwietnia 2012

El Culebron - Radio Malanga

Culebron w języku hiszpańskim oznacza tasiemca albo operę mydlaną. Tym utworem chcę Was wprowadzić w żywiołową jak ta piosenka telenowelę  moich radiowych przygód. Zapraszam do lektury.

http://www.youtube.com/watch?v=ptXDiAvQBas&feature=related

Ach, jak chciałam dziennikarką być.

Dziennikarstwo było moim marzeniem od kiedy pamiętam. Zawsze chciałam pisać, ale do opublikowania książki byłam zbyt leniwa.  Doszłam do wniosku, że będę tworzyć teksty do gazety.  Na to jednak też nie miałam wystarczająco dużo determinacji. Moja twórczość ograniczała się do "produkowania" wypracowań znajomym, którzy mi za to płacili. Ot i cała pisanina. Potem poszłam na studia prawnicze i moje artystyczne myślenie zanikło na pięć lat.
Na trzecim roku zaczęłam odbierać sygnały z umysłu, że siedzenie w paragrafach to nie dla mnie. Co w takim razie było dla mnie? Afrykanistyka?  Za późno. Uważałam, że jestem na to za stara.  Na co więc byłam odpowiednio młoda?
- Dziennikarstwo - podszeptywała mi mama, - Zrób podyplomówkę.
Nie słuchałam. Nieee.  Ja to w ogóle chcę mieć domek w górach, gospodarstwo agroturystyczne i chcę podróżować.  Z podróży przywiozę przepisy na potrawy, które będę serwować w mojej knajpce.  Umebluję ją  meblami z różnych stron świata. Będzie super. I tak o knajpce myślę do tej pory. Nadal tylko myślę...
W ten sposób minęło pięć lat studiów. Potem był jeszcze pomysł pilotiwania wycieczek. Nie wypalił. Zostałam z dyplomem magistra, bez pracy, z depresją. Wszyscy znajomi pracowali, a ja nie wiedzialam czego chcę od życia. Zapisałam się na języki i zaczęłam nowe studia. Moja mama jest prorokiem, bo to były studia dziennikarskie. Odzyskałam wiarę w siebie, doły i depresje zaczęły przechodzić.
Myślałam wtedy, że to co mnie kręci to dziennikarstwo prasowe, do czasu kiedy poszłam na warsztaty  z dziennikarstwa radiowego. Pierwszy moment, kiedy posadzili mnie w studiu przed mikrofonem i miałam przeczytać wiadomości pamiętam do dziś. Starałam się jak mogłam, żeby wyszło jak najlepiej i... nie wyszło. Narodziła się za to moja nowa miłość - radio.
Tą drogą,  po nitce do kłębka wylądowałam na stażu w jednej takiej rozgłośni radiowej.